wtorek, 23 marca 2010

Capoeira é minha vida... é meu amor


Tak jak pisałam ostatnio moje życie tutaj to jeden wielki chaos. Ale szerze mówiąc bardzo mi to odpowiada. Jednak jest mała regularność w tym czasie. Trzymam się jej mocno, żeby nie zatonąć totalnie w hiszpańskiej mentalności. Capo. No tak wiem trochę nudna jestem. No ale wiadomo, że nie mogę nie wspomnieć o tym, co za każdym razem wywołuje uśmiech na mej twarzy. Mówiąc, że jest w treningach trochę regularności, mam na myśli godziny zajęć. Bo reszta to tak samo jak wszystko bardziej lub mniej opanowany balaganik. Dalej nie ogarnęłam formy płatności, dokładnych adresów wszystkich treningów i wielu innych przydatnych spraw. Ale do tego akurat już się przyzwyczaiłam. Ważne że z tego chaosu często wynika na przykład weekendowa fiesta


z capowymi ludkami albo dodatkowy trening o którym dowiaduje się 20 min wcześniej. Ale motywacja jest duża. Ostatnio wygrałam nawet zakład, co prawda nie pamiętam o co, jedynie wiem z kim (panie Jaros o co się zakładaliśmy? :). 10 rano w sobotę (a tutaj to blady świt, szczególnie uwzględniając imprezy dnia poprzedniego) to zupełnie odpowiedni timeing na trening. Miałam racje, prawda Michał? Dziś z kolei po 2 godzinach spędzonych w koszmarnym metrze, 2 km zrobionych z 2 kg siatką zakupów, skonsumowaniu okropnego kurczaka na szybko, po 6 godzinach słuchania (nie mylić z rozumieniem) wkładu po hiszpańsku, zmobilizowałam się i wsiadłam jeszcze raz do metra. ( o tym później-metro zasługuje na osobny post) i pojechałam na swoje zielone Campamento. Znam tych ludzi od miesiąca, no dobra dwóch.. a czuję się jak w mojej nowej hiszpańskiej rodzinie. Tłumaczą mi wszystkie zawliłości języka hiszpańskiego i z nieziemksą cierpliwością wyjaśniają co to jest "empanada" a co znaczy "chulo" :). Co prawda jak się czasem zapędzą w rozmowie, to stoję jak ten kołek i próbuje wyłapać pojedyncze czasowniki w zdaniach które brzmią jak brazylijsko-wenezuelsko-portugalsko-argentyńska telenowela puszczana od tyłu na przyspieszonych obrotach, ale z treningu na trening jest coraz lepiej. Poza tym nigdy nie sądzilam, ze capoeira może być tak idealnym źródłem nauki języków obcych. Mój słownik nieformalnego hiszpańskiego rozrasta się w zastraszającym tempie. Es feten !! Mam wrażenie, że tutaj chodzi się tylko na rękach albo w mostu bo to jest takie ''chachi" i wogóle atmosfera jest tak wyluzowano- odpowienia, że naprawde za każdym razem wraca z campamento z naładowanymi bateriami!! Fajnie jest wrócić myślami do Wrocławia, bo jakkolwiek to nie zabrzmi tam zostało moje serducho i bez mojego najlepszego kompana a raczej kompanki treningowej, nie jest tak samo i nigdzie nie będzie!! Ale nie przypuszczałam, że capo może sprawiać tyle radości daleko od przyjaciół. Że pomimo wszystko (a tego "wszystko" ostatnio dużo spadło mi na głowe) może pomóc tak bardzo w odzyskaniu tego co oni tutaj nazywaja "equilibrio psicológico". Ah ja fajnie że ich mam i że was mam wrocławskie capo i w ogóle cieszko sobie wyobraźić życie bez tego wszystkiego ;)

piątek, 12 marca 2010

Un mogollón de.. czyli chaos i galopujący czas...

Erasmus to chyba najbardziej demobilizująca kwestia pod słońcem. Staram się tak bardzo poukładać wszystko od początku do końca, przy najmniej jeden tydzień mieć zorganizowany, ale się nie da. Najlepiej widać to po blogu :D. Miał być regularnym opisem życia płynącego w Madrycie, ale kurcze to życie tutaj....


a może to nie erasmus, może to Hiszpania, Madryt- tak na mnie działa. Pojęcia nie mam. Nie mówię, że mi się to nie podoba. W końcu mogę zrobić sobie wolne od swojego kalendarza, bez którego we Wrocławiu nie mogę wyjść z domu. Co prawda tu dostałam nowy :D taki szpanerski, z nazwą uczelni, cożebym mogła się chwalić, że jestem studentką Comlutense. Ale i tak zazwyczaj leży gdzieś tam na biurku, a raczej za nim.

Każdego dnia obiecuję sobie tak na poważnie, że zacznę robić powtórkę z kursu hiszpańskiego. Przyłożę się do zadań na zajęcia, których mam od cholery i jeszcze więcej. Jednak do teraz moje notatki leżą gdzieś tam... a dodać należy ze kurs był w lutym. Naprawdę nie wiem gdzie ten czas tutaj ucieka. Tydzień za tygodniem niby ciągle to samo, a jednak wielka niewiadoma jest chyba wpisana w życie erasmusowego madrileño. I jak mowie o wielkiej niewiadomej to dokładnie to mam na myśli. Bo każdorazowo w niedziele jestem w małym szoku...Que pasa!:) Tutaj nie można być pewnym niczego. Caos total. Zaczynając od sklepu spożywczego. Chciało by się mieć chociaż tą pewność, że po mleko czy chlebek wyskoczyć można zawsze. Zapomnijcie! Siesta

trwa i chociażbym miała umrzeć z głodu, to o 15 za nic w świecie nie kupie sobie chociażby czerstwej bułeczki. Czasem mam wrażenie że o 3 w nocy łatwiej jest o bagietkę. Uniwersytet to kolejny, idealny wręcz przykład dezorganizacji totalnej. Mój wydział zasługuje jednak na osobny post (bądźcie cierpliwi, zrobię zdjęcia, bo kto nie zobaczy, ten nie uwierzy) bo jest !Nie Z Tej Ziemi!. Nie zmienia to faktu, że 40 min spóźnienia wykładowców, tudzież popijanie piwa w wydziałowej stołówce to totalna normalka. Ale ludzie! Połączenie Hiszpanii, klimatu jaki tutaj panuje z ogólnoprzyjętymi regułami Erasmusa to mieszanka wybuchowa. Chyba mnie trochę pogięło, że na miejsce swojego półrocznego balowania wybrałam Madryt z uniwersytetem na którym wymagają od nas perfect znajomości hiszpańskiego, a kserówki na każde zajęcia kosztują po 10 euro (nie muszę chyba tłumaczyć ile ton papieru to zawiera :) Wybrałam Madryt czyli miejsce największych imprez stulecia, gdzie kultura wylewa się z muzeów, a Hiszpanie sami zapraszają Cie na kolejne i kolejne taaapas i drinki.


Tylko gdyby doba tutaj jeszcze miała 40 godzin. Może wtedy nie było by takiego chaosu. Jak na razie będąc rodowitym extranjero staram się ogarnąć. Muszę się przełączyć na tryb „nocturno” y vamos a la fiesta. A co będzie jutro to będzie jutro. Dziś mamy weekend więc siedzieć w domu nie wypada. Adios!

piątek, 5 lutego 2010

Bibisz w Madrycie

No to teraz ja!!Był już mediolański. Bardziej artystycznego już nie będzie. Był barceloński. bardziej wyczesanego też nie. Ale teraz nadchodzi era madryckiego. bibiszowego. prostego ale mojego.W końcu i ja doczekałam się swojego Erasmusa. Nie do końca tak miał wyglądać. Ale cóż. Tyle już się nasłuchałam o tym jak było, jak jest, jak będzie. Vamos a ver!
Mój zaczął się, muszę przyznać, całkiem, całkiem. Pierwsze noce, zamiast spędzić w kosmicznie drogich jak na erazmusowe portfele, hostelach, udało mi się przespać na jednej z głównych ulic odchodzących od serca Madrytu-Sol.

Sami zobaczcie widok z okna. Tak! dzięki wielkiej uprzejmości polskich znajomych i trudnych egzaminach na medycynie :) mogłam cieszyć się całkiem wielkim pokojem dzielonym z amigą.
Jednak to co kryje się pod pojęciem erasmusowe mieszkanie to osobna historia.

Fakt- pozytywów jest wiele. Fieste de bienwenida/desperdida zliczyłyśmy już pierwszej nocy. Dodawać nie muszę ze wśród 9 osób mieszkających na 30 m2 znajdzie się ktoś z nieziemskimi umiejętnościami kulinarnymi. Tak! włoska Parmigiana i meksykański kurczak w czekoladzie plus tanie wino w plastikowym kubku to było to!. Było. Bo po kilku dniach czar prysł. Nie mowie ze całkowicie, ale wśród tych 9 osób znalazło się, o ironio, więcej chlewiarzy niż kucharzy.Kuchnia zarośnięta (podziwiam za umiejętność nie tyle gotowania to przyrządzania posiłków w takich warunkach) 3 w nocy. wiem niby to Erazmus w końcu, ale szukając mieszkania, czy ucząc się do egzaminów (tak dla tych co nie wiedza i na erasmusie trzeba się uczyć) nie do końca fajnie słucha się place station połączonego z gitara i włoskimi adniaaamo andiamooo chias, chicos. ;D. Tak przez te skromne 3 dni zdarzyłam poznać uroki prawdziwego erasmusowego mieszkania. Motywacja była duża. Problemy tez. Ogromne. Ale wytężony wysiłek opłacił się, bo otóż znalazłysmy to jedyne, niepowtarzalne, nasze. Po wizycie na calle General Marva żadne mieszkanie/pokój/klitka nie wydawała się dość dobra, dość tania, dość wystarczająca. Wybór nie mógł być inny. Musiałam zamieszkać w małym, hiszpańskim domku! :) W pokoju z widokiem na hiszpańsko-boliwijską ulice, własną skrzynką pocztową (piszcie!), własną kuchnia (z uwaga mikserem i żelazkiem) no i to co najważniejsze z własnym wielkim, wyczesanym tarasem. Taki prywatny, tylko nasz. Szczerze mówiąc po komunie panującej na montera, poczułam się w mojej casita jak w niebie. Fakt trochę dalej do miasta, trzeba się nachodzić po circular 6, ale co tam. Ważne, że to wszystko przez pół roku będzie moje! i przez ten czas nikt nie zabroni mi kręcić się na moim fioletowym, obrotowym, podskakującym stołku barowym, jedząc śniadanie :) ah żeby toczyło się dalej tak z górki jak się się toczy. Teskknie dzieciaki i czekam na odwiedziny w moje casa espanola. Kanapa w salonie czeka !!