Tak jak pisałam ostatnio moje życie tutaj to jeden wielki chaos. Ale szerze mówiąc bardzo mi to odpowiada. Jednak jest mała regularność w tym czasie. Trzymam się jej mocno, żeby nie zatonąć totalnie w hiszpańskiej mentalności. Capo. No tak wiem trochę nudna jestem. No ale wiadomo, że nie mogę nie wspomnieć o tym, co za każdym razem wywołuje uśmiech na mej twarzy. Mówiąc, że jest w treningach trochę regularności, mam na myśli godziny zajęć. Bo reszta to tak samo jak wszystko bardziej lub mniej opanowany balaganik. Dalej nie ogarnęłam formy płatności, dokładnych adresów wszystkich treningów i wielu innych przydatnych spraw. Ale do tego akurat już się przyzwyczaiłam. Ważne że z tego chaosu często wynika na przykład weekendowa fiesta
z capowymi ludkami albo dodatkowy trening o którym dowiaduje się 20 min wcześniej. Ale motywacja jest duża. Ostatnio wygrałam nawet zakład, co prawda nie pamiętam o co, jedynie wiem z kim (panie Jaros o co się zakładaliśmy? :). 10 rano w sobotę (a tutaj to blady świt, szczególnie uwzględniając imprezy dnia poprzedniego) to zupełnie odpowiedni timeing na trening. Miałam racje, prawda Michał? Dziś z kolei po 2 godzinach spędzonych w koszmarnym metrze, 2 km zrobionych z 2 kg siatką zakupów, skonsumowaniu okropnego kurczaka na szybko, po 6 godzinach słuchania (nie mylić z rozumieniem) wkładu po hiszpańsku, zmobilizowałam się i wsiadłam jeszcze raz do metra. ( o tym później-metro zasługuje na osobny post) i pojechałam na swoje zielone Campamento. Znam tych ludzi od miesiąca, no dobra dwóch.. a czuję się jak w mojej nowej hiszpańskiej rodzinie. Tłumaczą mi wszystkie zawliłości języka hiszpańskiego i z nieziemksą cierpliwością wyjaśniają co to jest "empanada" a co znaczy "chulo" :). Co prawda jak się czasem zapędzą w rozmowie, to stoję jak ten kołek i próbuje wyłapać pojedyncze czasowniki w zdaniach które brzmią jak brazylijsko-wenezuelsko-portugalsko-argentyńska telenowela puszczana od tyłu na przyspieszonych obrotach, ale z treningu na trening jest coraz lepiej. Poza tym nigdy nie sądzilam, ze capoeira może być tak idealnym źródłem nauki języków obcych. Mój słownik nieformalnego hiszpańskiego rozrasta się w zastraszającym tempie. Es feten !! Mam wrażenie, że tutaj chodzi się tylko na rękach albo w mostu bo to jest takie ''chachi" i wogóle atmosfera jest tak wyluzowano- odpowienia, że naprawde za każdym razem wraca z campamento z naładowanymi bateriami!! Fajnie jest wrócić myślami do Wrocławia, bo jakkolwiek to nie zabrzmi tam zostało moje serducho i bez mojego najlepszego kompana a raczej kompanki treningowej, nie jest tak samo i nigdzie nie będzie!! Ale nie przypuszczałam, że capo może sprawiać tyle radości daleko od przyjaciół. Że pomimo wszystko (a tego "wszystko" ostatnio dużo spadło mi na głowe) może pomóc tak bardzo w odzyskaniu tego co oni tutaj nazywaja "equilibrio psicológico". Ah ja fajnie że ich mam i że was mam wrocławskie capo i w ogóle cieszko sobie wyobraźić życie bez tego wszystkiego ;)
